|
oje pierwsze prawdziwe spotkanie z mocą modlitwy? To było bardzo dawno temu. Chyba na początku lat osiemdziesiątych, kiedy jako młodziutka mężatka wędrując za pracą przeprowadziłam się do małej, jak to się wtedy mówiło „zabitej dechami” wsi, naprawdę daleko od drogi i autobusu. O tym, że kiedykolwiek będę miała samochód nawet nie śmiałam marzyć. Tak więc siłą rzeczy przeprowadzka ta zmusiła mnie do przerwania studiów teologii na Uniwersytecie Jana Pawła II w Olsztynie. Studia musiałam przerwać też i dla tego, że w trybie pilnym musiałam przerzucić swoje papiery z dziekanatu uczelni do kierownictwa kursu jaki musiałam ukończyć by moc wykonywać otrzymaną pracę. Prawdę mówiąc kurs był już w trakcie i ja miałam zostać dopisana do listy kursantów „po znajomości” byle tylko dostarczyć papiery w poniedziałek o 12.00, to był nieprzekraczalny termin, potem w grubej kopercie papiery były odsyłane dalej. No tak. Proste. Ale w piątek Ociec Dyrektor (on sam osobiście zarządzał dokumentami) był co prawda „u siebie”, ale zajęty. W sobotę na tydzień wyjeżdżał, więc ewentualnie mogłam się z nim umówić za 2-3 tygodnie. Byłam młoda, wojowniczo nastawiona, przyparta do muru... Zaczęłam prosić, awanturować się, tłumaczyć, krzyczeć... Wszystko to działo się w bibliotece uczelni. I wtedy z nad katalogu z książkami odezwała się do mnie dziewczyna „Nie, denerwuj się, pomódl się, zawierz Jezusowi i wróć za 2 tygodnie”. No, to zadziałało jak płachta na byka. Ja tu o konkretach, praca, terminy, przynaglenia, nie ma mowy o zwłoce bo papiery fizycznie odjadą, a ona „Pomódl się”. Nie wiem jak by się skończyło gdyby to powiedziała pani z sekretariatu, ale Bóg precyzyjnie dobiera swoje narzędzia choć często one same nie wiedzą jak ważną rolę odgrywają. Nie powiedziała tego żadna „zdewociała” staruszka, żadna pani do jakich widoku przywykłam w kościele (a był to początek lat osiemdziesiątych, jeszcze Nasz Papież nie przyciągnął tłumnie młodzieży do kościoła). Odezwała się do mnie wymalowana, młoda lalka na wysokich obcasach. Prędzej pasowałaby mi do dyskoteki niż parafialnej biblioteki. I ona też mnie nie rozumie!!! Zawrzałam ponownie, a dziewczyna tylko spojrzała na mnie i powiedziała „No dobrze, to ja się pomodlę w twojej sprawie” Zamurowało mnie. Wyszłam. A potem wszystko jakoś się samo ułożyło. Papiery odebrałam za 3 tygodnie, ale to jak się okazało nie miało żadnego znaczenia. No jasne, opisane wydarzenie wcale nie ma znamion cudu, ot zwykły, malowniczy zbieg okoliczności, ale... Ale ja pamiętam to do tej pory. Ale wywarło to na mnie tak wielki wpływ, iż zaczęłam próbować się modlić. Ale ja już mogłam uwierzyć, że modlitwa działa i w chwili gdy tylko ona mogła pomóc sięgnąć po nią. Ale to był pierwszy kamyczek w lawinie. Dokąd mnie zaprowadzi wciąż nie wiem. Wiele jeszcze razy potem w moim życiu doświadczyłam mocy modlitwy. Chcę tu opowiedzieć o tym wydarzeniu, za które najwięcej będę dziękować Panu Bogu i po doświadczeniu którego nie mogę już nie wierzyć że prawdą jest „Proście, a będzie wam dane” A więc...
Minęło kilka lat. Leżałam w szpitalu na podtrzymaniu 3 ciąży. Dwie pierwsze poroniłam. Cały czas krwawiłam. Miałam zdiagnozowaną toksoplazmozę, i wtedy jeszcze nierozpoznaną silną nadczynność tarczycy, oraz początki tocznia. Patrząc z medycznego punktu widzenia, z wiedzą jaka o swoim stanie zdrowia posiadam teraz, nie było szans na donoszenie ciąży. Kiedy odleżałam drugi miesiąc w szpitalu dostałam silnego krwotoku. Lekarz, który mnie zbadał powiedział iż to już koniec, zaczęło się poronienie i aby oszczędzić mi bólu zlecił skrobankę. Nie zgodziłam się. Płakałam, prosiłam. Przyprowadził więc kolegów. Nie pamiętam dokładnie czy było tam 4 czy 6 lekarzy, ale pamiętam jak to konsylium dokładnie mnie zbadało i orzekło iż odeszły już wody (fakt wypłynęło ze mnie tego dużo), wody są zielone i cuchnące, tętna dziecka nie słychać, słowem dziecko nie żyje i trzeba dokonać zabiegu bym i ja się nie zakaziła. Skoro nie było już nadziei pierwszy raz po 2 miesiącach wstałam z łóżka. Poszłam do pokoju zabiegowego i stanęłam przed fotelem. I tam, zapłakana, bez żadnej nadziei i żadnej prośby zaczęłam odmawiać różaniec. Nie wiem ile czasu to trwało. Stałam, czekałam na lekarzy, płakałam i „klepałam” zdrowaśki. Nie pamiętam już z jakiego powodu zabieg przesunięto na potem. Nie pamiętam też czemu w końcu go nie wykonano. Pamiętam zielone wody płodowe i ciszę w aparacie który miał wzmocnić bicie serca mojego dziecka. I pamiętam modlitwę. No i mam 21 letnią córkę. Zdrową, piękną, mądrą. Będzie lekarzem. I to moja córka po wielu pokręconych latach ponownie przyprowadziła mnie do Boga i do Odnowy w Duchu Świętym.
Małgorzata
|